|
W końcu…
Istnieje pewne słówko, małe i błahe, a jednak tak bogate w treść; spokojne, a jednak tak wzruszające; radosne, a jednak tak pełne nostalgii. Jest to słowo «w końcu». W ten sposób kończą się liczne modlitwy liturgiczne, recytowane w kościele: «I w końcu otrzymać zbawienie»... Spraw, aby nasza dusza w swojej ostatniej godzinie, została jakby porwana ze świata, na skrzydłach tego słowa, i przeniesiona tam, gdzie poznamy jego pełne znaczenie, jaki jest sam Bóg, który prowadząc nas swoją ręką przez świat wyciąga ją i otwiera swoje ramiona, aby przyjąć w nich duszę spragnioną. Za kilka godzin zgaśnie światło kolejnego roku. Strzały, wybuchy, hałasy, krzyki, śmiechy, różne rozrywki, przesada, nie pozwolą wielu osobom spać tej nocy, stanowiącej granicę z Nowym Rokiem. Przede wszystkim jednak nie pozwolą rozmyślać nad tym «słówkiem małym i błahym», które wielki filozof ubiegłego wieku duńczyk Sôren Kierkegaard, umieścił w sercu jednej ze swoich „Budujących mów” sugestywnego połączenia filozofi, duchowości i poezji. «Słówko» w końcu, zawiera z jednej strony termin «koniec», a więc powinno nas odsyłać do tego, co zachodzi, do znaczenia kresu, czasu, który upływa i znika. Z drugiej strony jednak, odnosi się także do «pewnego końca», do czego, czego się oczekuje jako celu do zdobycia. To właśnie w tym drugim znaczeniu, głęboko chrześcijańskim, rozumie je filozof. Piękny jest końcowy obraz: szliśmy latami – także tego roku i przyszłego –z naszą ręką w ręku Boga. «W końcu» puści On ją i weźmie nas w ramiona, aby zawsze być z Nim, w radości i pokoju: «i w końcu otrzymać zbawienie...».
Światło, które mieszka
w tobie...
Nie chcę przez to powiedzieć, że cierpię niedostatek, gdyż nauczyłem się zadowalać tym, co mam. Umiem żyć biednie i obfitować. Potrafię dostosować się do każdej sytuacji: jeść do syta, i głodować, i żyć bogato, i żyć ubogo. (Flp 4, 11-12) W miejscowości Barrow na Alasce poranek nabiera całkiem nowego znaczenia. 330 kilometrów za kołem polarnym i prawie tak samo daleko od Bieguna Północnego Barrow to prawdziwa kraina „Słońca o północy”. Przez 83 dni w roku od 11 maja do 1 sierpnia słońce w ogóle nie zachodzi za horyzont. Ale istnieje również „ciemna” strona życia w takiej szerokości geograficznej. Każdego roku, 18 listopada, mieszkańcy oglądając zachód słońca żegnają je na ponad dwa miesiące. Chociaż nie są to „egipskie ciemności”, to jednak zima w Barrow może być nazwana okresem mroku. Temperatura spada tak nisko, że zamarza nawet olej napędowy. Kluczyki łamią się w zamarzniętych zamkach jak zapałki. Mroźne wiatry wiejące z dużą siłą potrafią spowodować odmrożenia w ciągu 30 sekund. Nieustające ciemności, zimno i wiatr mogą się wydawać bardzo uciążliwe dla tych, dla których codzienna dawka promieni słonecznych jest czymś zwyczajnym. Mieszkańcy przyznają, że marzenia o Hawajach są wśród nich dość powszechnym zjawiskiem. A jednak mało kto chce stamtąd wyjechać na stałe. „Wielu tutejszych ludzi naprawdę bardzo lubi zimę, dzięki której mogą cieszyć się ciszą i spokojem - twierdzi Jim Vorderstrasse, burmistrz Barrow. - Wielu z nich rozmyśla nad swoim podejściem do życia. Można siedzieć z założonymi rękoma i nosem na kwintę albo wstać rano i uznać, że mam coś ważnego do zrobienia”. Okresy ciemności mogą spotkać każdego człowieka. A to, w jaki sposób je przeżywamy, zależy od naszego podejścia do życia. Możemy się zamknąć w sobie i tęsknić do lepszego świata albo oprzeć się na Bożym świetle i odnaleźć nadzieję oraz spokój. Wybór zawsze należy do nas.
( Zasłyszane...)
Podziel się swoją refleksją...
Echo...
|