Dar...

 Wspólnota Sióstr Kanoniczek Regularnych Szpitalnych od Miłosierdzia Jezusa i Reguły Świętego Augustyna z Francji zaprasza do DAR-u...
Ta strona jest dla ciebie.
Mówi ona tylko jedno - jest"Ktoś", kto cię kocha.
Nawet jeśli jeszcze o tym nie wiesz.
Daj się odnaleźć Jedynemu, Który cię nigdy nie zostawi!
Ta strona chce po prostu otworzyć cię na Spojrzenie,
którego światło sprawi, że twoje życie stanie się Życiem.
Twoje istnienie nabierze sensu, stanie się obecnością,
żarem, będzie siać nadzieję - stanie się darem Miłości...

Dobre nowiny

Dobre nowiny na Twój email

Czasami chcę rozproszyć myśli...
Popielnik serca...  

Kto tak naprawdę zagląda do wygasłych serc i pyta, czemu tam ciemno i chłodno? A przecież serc takich jest coraz więcej...
Jeśli zaczyna nam brakować odniesień do jedynej Księgi, to może jeszcze stare, dobre baśnie mogą nam coś tłumaczyć...W tej o Kopciuszku, może brakuje takiej sceny, która niczego tam nie zmienia, a tylko dopowiada.
Otóż, kiedy Kopciuszek wróciła z balu w królewskim pałacu, została popędzona przez Macochę daleko w las, by przyniosła jakiegoś magicznego ziela, które dodałoby urody dwom siostrzycom, które miały ogromny apetyt na Królewicza. Jako że ogień w piecu płonął całą noc, a teraz przez brak obsługującej, wygasł, zrobiło się chłodno. Mimo popędzanie przez Matkę, żadna z córek nie chciała nawet zbliżyć się do pieca, w obawie zabrudzenia ślicznych sukien, jakich nie zdjęły jeszcze po balu. W końcu jedna rzuciła ze złością do paleniska kilka grubych polan i usiłowała je zapalić. Bezskutecznie. Zamiast ognia z pieca zaczął buchać duszący dym, który wygnał je wszystkie z domu na deszcz i wiatr. Nareszcie pojawiła się Kopciuszek z naręczem zielska i została powitana ich wściekłym wrzaskiem i oskarżeniami, że złośliwie rzuciła zły urok na piec, by je otruć. Dziewczyna uśmiechnęła się, chwyciła pogrzebacze, szufelkę i zaczęła dokładnie wymiatać z pieca zwały popiołu. A potem weszła do pieca i przeczyściła komin. Kiedy wyszła, usmolona była bardziej niż zwykle, ale wciąż pogodna i coś nucąca. Zaczęła strugać maleńkie bierwiona, układać stosik i kiedy wyjęła z kieszonki na piersi krzesiwo i hubkę, krzesząc iskry, płomień buchnął iskrami przez komin pod niebo. Za chwilę zaczęło się robić ciepło i jasno. Siostrzyce nadęte siadły nieopodal, patrząc na Kopciuszka siedzącą tuż przy ogniu z oczami płonącymi i roześmianymi, jak wesołe płomienie. I wtedy wszedł do izby Królewicz z trzewiczkiem. Właściwie nie musiał dawać go do przymierzania tamtym, bo te jej oczy go urzekły, mimo strasznie usmolonego sadzami fartucha, dłoni i twarzy.
Jeśli jest coś znaczącego w tej scenie (dość oczywistej dla potrafiących palić w piecach i kominkach), to przeniesienie tego znaczenia z pieca do...serca. W iluż bowiem sercach, po wygasłych namiętnościach czy miłostkach, zalegają zwały niewidocznego popiołu, który starannie stłumi każdą próbę rozpalenia nowego ognia lub zamieni go w gryzący dym. Jeśli więc ktoś nie zauważa popiołu, ma się za zbyt czystego (czytaj: niewinnego), by wymieść go z paleniska, a tylko wrzuca grube polana żądań i żądz miłosnych, to będzie miał tylko dym i będzie uciekał z własnego serca ciemnego i zimnego. Trzeba zdjąć balowe stroje, zakasać rękawy i usunąć te popioły. Przeczyścić komin, by ujrzeć przezeń Niebo, a potem nową miłość układać z maleńkich struganych bierwion, które rozpala się iskrą cierpliwie krzesaną z ciepła pogodnej duszy.
Miłość, Bóg...jak ów Królewicz, przychodzą do serca z wymiecionym popielnikiem i patrzą w oczy, w których płonie ogień bez dymu...

Wysłowienie...

„Czyżby słowa utracić trzeba, by jak duszę odzyskać słowa" (J. Liebert)

Im więcej słowników, tym mniej troski o znaczenie podstawowych słów, których używamy, zakładając, że dla każdego znaczą to, co znaczą. I nawet ślubujemy „jakąś-tam" miłość, „jakąś-tam" wierność i uczciwość, nie znając właściwie istoty i ciężaru ich znaczeń. Dopiero, gdy słyszmy, że k o c h a zarówno gej, pedofil, matka, męczennik, zakonnica, partner-kochanek, papież, Bóg... to czujemy się trochę, jak w matni, dochodząc, że to trzeba jakoś rozróżniać, uściślać, a nawet odmawiać prawa do tego słowa. Ale kto ma to robić? Dalej więc brodzimy w mnóstwie słów „wywracanych na nice" (dobre stare słowo), choćby przez przywyknięcie do tego, że reklama nie tylko nadużywa, manipuluje, ale i odwraca znaczenia niektórych słów ( jak uroczo!). I coraz mniej wierząc w słowa innych, coraz słabiej wierzymy własnym. Co nie przeszkadza jednak kłócić się często zapamiętale o coś, ani nie sięgając do słownika, ani nie dochodząc razem, czym coś jest w istocie, w jakim kontekście, czy w grze słów. Stąd coraz trudniejsze porozumienie, a krok tylko, by się wziąć za łby, nie umiejąc wysłowić swoich racji.
Mały Mroczek, który od dziecka brodził w zupełnej ciemności, dotarł do jakiegoś sanktuarium, gdzie spodziewał się uzdrowienia wzroku. Jakiś mnich podszedł do niego i dał mu gruby worek pełen rozmaitych nasion i powiedział: „Włóż rękę i uchwyć któreś z nich, poczuj, pomyśl i nazwij je właściwie, a wyjmując je ujrzysz to, co w sobie zawiera. Mroczek zadrżał z przejęcia. Namacał pierwsze większe i szybko rzucił jakieś słowo. Ale gdy wyjął je, nadal był mrok. Próbował jeszcze z innymi, coraz bardziej gorączkowo, ale żadne nie otworzyło przed nim widoku... Poczuł się więc oszukany. Wtedy odezwał się mnich: „Twoje słowa nie pasują do treści ziaren. Musisz tak długo trzymać któreś w dłoni, aż poczujesz kolczastość, aksamitność, twardość, słodycz, gorycz...Aż usłyszysz szum drzewa, zapach kwiatu, a nawet śpiew ptaka, bo są tam też maleńkie jajka...I wtedy niech w słowie, które znajdziesz, ktoś inny także to poczuje i usłyszy." Usiadł Mroczek i trwał z jakimś nasieniem w dłoni, aż gdzieś z głębi tych odczuć, przeczuć rodzić się zaczęły jakieś nieśmiałe dźwięki, głoski, słowa. I gdy znalazł w końcu odpowiednie nazwanie, ujrzał dąb, potem różę, węża, skorpiona, orła... Czuł się, jakby każdą cząstkę świata odkrywał z wolna kluczem właściwego słowa. I wtedy zamajaczyła mu przed oczami kobieta mówiąc: „A jak mnie wysłowisz?" Zachwycony Mroczek pojął, że musi zamknąć oczarowane oczy, by ująć w słowo kogoś najtrudniejszego do wysłowienia, ale nie jaki się mu ona JAWI, tyko KIM jest...
„Umieć słowom przywrócić ich wygłos-pierwszy" (C.Norwid)* „Zapomnij wszystko /słów będziesz się uczyć od nowa / aż wróci Prawdy Pan / dźwignie nas drżących od niemoty / Słowo" (A.Kamieńska)


Otwórz... Bywa, że ktoś dobijając się lub usiłując wyważyć drzwi, nie wie, że klucz do nich ma przy sobie, a może nie zauważył klamki… * Kay miewał obsesję na punkcie ciężkich, zamkniętych na parę zamków drzwi, zwłaszcza takich, robiących wrażenie zatrzaśniętych na głucho. Pukał wtedy do nich, dobijał się, gdy nie otwierano, a bywało, że kopał w nie z wściekłością. Parę razy poturbowano go za to, wezwano policję, zmuszono do zapłaty grzywny, gdy usiłował wtargnąć do środka, samemu nie wiedząc po co. Ale obsesja, to obsesja. Kiedyś zbłądził na ulicę, przy której stał stary klasztor. Drzwi do niego wyglądały, jak boczne wejście do twierdzy: dębowe z okuciami i z ciężką kołatką. Podszedł i stuknął nią. Nic – cisza. Załomotał więc z rosnącą furią i kopnął parę razy. Skrzypnęły wreszcie i wyjrzał zza nich mnich, otwierając je szeroko i zapraszając do środka. Impet Kaya nagle zanikł i dalej nie wszedł, tylko ze złością powiedział: „Do czego wam takie mocarne drzwi? Co tu takiego ukrywacie?” Mnich uśmiechnął się mówiąc: „Nic tu nie ma, co chciałbyś zabrać lub przyjąć. A te drzwi są tu od setek lat – ponoć chroniły klasztor przed Tatarami. A zamknięte są tylko na taki mały zameczek z tą klameczką, której nie zauważyłeś” Spojrzał Kayowi w twarz swoimi pogodnymi i bardzo niebieskimi oczami. – „Wiesz, ty chyba sam jesteś zatrzaśnięty i dlatego nie lubisz takich drzwi. Mam wrażenie, że bezwiednie dobijasz się do Pana Boga, ale chcesz wtargnąć do Niego na swoich prawach, więc On Ci nie otwiera…” Kay poczuł, że mnich zajrzał mu w ten głąb duszy, gdzie on sam nie zaglądał i jakoś tak bezradnie i cicho spytał: „To jak mam się do Niego dostać?” Mnich jakoś tak tajemniczo odparł: „Może zamiast szturmować czyjeś drzwi, to nasłuchuj za własnymi, gotów do otwarcia i zaproszenia Boga do siebie.” Na to Kay: „Ale czego mam nasłuchiwać?” A mnich: „Dziwnego, niespotykanego odgłosu…” I umilkł. Kay wrócił do siebie, jakby wyleczony z tej obsesji. Dręczyła go myśl, że on sam jest zatrzaśnięty. Tak, ludzie unikali go, nie miał przyjaciół, nie gościł u siebie nikogo, sam też nikogo nie odwiedzał… Postanowił spróbować z tym nasłuchiwaniem, choć bez przekonania. Jednak odgłosy miasta były zwyczajne i nic szczególnego zza uchylanych drzwi nie słyszał. Przy okazji otwierał już je wielokrotnie dla kogoś, kto chciał go odwiedzić, poprosić o coś. I właśnie wtedy… Najpierw spadł śnieg, a potem przyszedł ostry mróz. Było nadzwyczaj cicho na zewnątrz i wtedy zza zamkniętych drzwi usłyszał głos tropikalnej cykady. Nie mógł uwierzyć! Był kiedyś w tropikach. To cykada! Otworzył drzwi i ujrzał idącego chodnikiem tamtego mnicha, który widząc go skręcił ku jego drzwiom. Kay otworzył je, zamknął za nim i wskazał mu fotel. Mnich tulił coś pod płaszczem. – „No i coś usłyszał?” – spytał. – „Cykady! W taki mróz! Ale to tylko tyś przyszedł…” Na to mnich: „Nie sam. Z Nim. Byłem z Komunią u chorych. Jeden dziś już skonał, więc niosę ją z powrotem. Przyszliśmy tu do Ciebie – bynajmniej nie przypadkiem.” I uchylił płaszcza, spod którego błysnął złoto haftowany krzyżyk na atłasowej torebce… Kayowi ugięły się kolana, poczuł łzy i poprosił o spowiedź… * Wychowane na reklamach dzieci tego czasu chcą wszystko otrzymać natychmiast. Natychmiast zostać zaproszone, wpuszczone, obsłużone, zaspokojone, jak głoszą kuszące obietnice. I to w roli wymagających, żądających, dyktujących swoje warunki, nie znosząc sprzeciwu. Taki stosunek mają również do przyjaźni, do miłości, do tajemnicy, do mądrości, do Boga. Sami zamknięci, żądają otwarcia wszystkiego i wszystkich. Jakby wkraczania przez kolejne drzwi. I dlatego nie otrzymują nic… Bo w tych dziedzinach, trzeba nasłuchiwać cierpliwie, uchylać drzwi do serca w swoją stronę i przyjąć kogoś na prawach wytęsknionego gościa. Zwłaszcza Boga… * Klucz do czyichś lub twoich drzwi jest w tobie, jednak trzeba zacząć od swoich…                Ważne.                                       Małemu chłopcu szkolny woźny wydawał się kimś bardzo ważnym. ,,Pan Julian ma więcej kluczy niż ktokolwiek, kogo znam” – mówił swej nauczycielce pewnego pięknego wiosennego poranka. Liczba kluczy, które pan Julian nosił na pasku, robiła na nim duże wrażenie. ,,Jest ważnym człowiekiem – zgodziła się z nim nauczycielka. – Troszczy się o naszą szkołę i pilnuje, by wszystko działało, jak należy. Przychodzi wcześnie rano, kiedy jeszcze śpimy, abyśmy czuli się bezpiecznie i mieli czysto w salach, w których się uczymy. Krótko śpi i długo pracuje”. Po chwili zadzwonił dzwonek i dzieci wybiegły na przerwę na szkolne podwórko. Pan Julian natychmiast wkroczył do opuszczonej klasy. ,,Dzień dobry – powiedział zapracowany woźny. – Opróżnię tylko kosz na śmieci i pozbieram papiery z podłogi, kiedy dzieci są na zewnątrz”. ,, Dziękuję za wszystko – powiedziała nauczycielka. – Robi pan dobrą robotę”. ,, Proszę podziękować Bogu” – odparł woźny, wykonując zapowiedziane czynności. Nauczycielka obserwowała, jak pośpiesznie zamiatał i odkurzał, starając się skończyć przed końcem przerwy. Pracując, nucił sobie starą kościelną pieśń. Gdy skończył, bez wahania przeszedł do następnej Sali. Nauczycielka wyszła z Sali i przyglądała się jak szedł wzdłuż korytarza, sprzątając z entuzjazmem wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Po przerwie, kiedy wszystkie dzieci wróciły do swoich ławek, słychać było, jak pan Julian zamiata korytarz. Nauczycielka słyszała dzwonienie kluczy i zdała sobie sprawę, że choć wiele kluczy zwisało u jego paska, największy i najważniejszy, jaki nosił, był kluczem do królestwa Bożego. Naprawdę ważnym czyni człowieka miłość do Boga i poświęcenie dla innych. Tylko to jest kluczem do życia wiecznego.                   Więzienne śpiewanie.               Dozorca więzienny był bardzo zmęczony. Dzień, który minął, był wyczerpujący. Wieczorem okazało się jeszcze, że otrzymał rozkaz, żeby dopilnować, by Paweł i Sylas nie uciekli. Postarał się więc zrobić wszystko, co po ludzku możliwe, aby uniemożliwić im ucieczkę. Położenie więźniów było nieciekawe. Zdawali sobie sprawę, że mieli pozostać tam tylko przez krótki czas i powinni go jak najlepiej wykorzystać. Stwierdzili, że najlepsze, co mogą w tej trudnej sytuacji zrobić, to modlić się do Boga. Z całą żarliwością, na jaką było ich stać, napełnili więzienie uwielbieniem dla Króla Królów. Inni więźniowie nie mogli usnąć, słuchając tego śpiewu. Jedynie zmęczony dozorca więzienny zasnął. Nagle trzęsienie ziemi za trzęsło budynkiem i wszystkie drzwi się otwarły. Przebudzony dozorca sądząc, że więźniowie uciekli chciał odebrać sobie życie. W momencie, gdy wydawało mu się, że wszystko stracił, zyskał najważniejszą prawdę. Paweł i Sylas opowiedzieli mu o Jezusie i jeszcze tej samej nocy został ochrzczony, zyskując dar zbawienia dla siebie i całej swojej rodziny. Miałeś ochotę ostatnio się poddać? Twoje noce w ciągu ostatnich tygodni wypełniały burze i problemy? A czy przyjąłeś wspaniały dar zbawienia? Może już czas, byś pozwolił Bogu, by wszedł w Twoje serce. Podobnie jak był w ową noc z Pawłem i Sylasem we wnętrzu lochu, tak z tobą pragnie przebywać we wszystkich trudnościach. Dwóch naśladowców Chrystusa pętały łańcuchy. Jakiego rodzaju więzy pętają ciebie? Bóg ma rozwiązanie dla wszystkich twoich problemów i klucze, by cię uwolnić. Śpiewaj mu pieśń uwielbienia swoim życiem i obserwuj uważnie, jak wyciąga cię z życiowych lochów ku swoim ramionom miłości.                   Kamienny spokój.                                Jeszcze dobrze żyć nie zaczęli, a już swym życiem tak zmęczeni… Niby nie chcą się całkiem od ludzi oddzielić, ale nie chcą być przez nich niepokojeni… Niechętni do bycia w tyglu – zawsze lepiej z boku, a z rzeczy świętych, to chyba jedynie… święty spokój. * Na poboczu pewnej legendy zaistniało mimochodem coś jak przypowieść. Może całkiem nieważna, ale może też jednak kogoś zaniepokoi. Otóż zjawił się tam jakby przypadkiem – młody, choć z cieniem goryczy na twarzy. Nie wyglądało, by uciekał przed czymś, ale też nie żeby dążył dokądś czy do czegoś. Jeśli szukał schronienia, to może jak zwierzęta przesypiające zimę, choć właśnie zaczęła się wiosna. Zakątek na skraju lasu z opuszczona drewniana chałupką uznał za swój azyl i tam został. Miejscowi pasterze czasem go zagadywali, gdy widzieli, jak krząta się lub wraca idzie po wodę do źródła. Odpowiadał, ale nie widać było w nim chęci do pogadania. – Odludek jakiś – powiedział ktoś i dali mu spokój, bo tego chyba pragnął. W nie tak odległej wiosce działy się ludzkie dramaty i radości, ale on wolał ich nie znać, bo nie po to schronił się na uboczu. Jakoś tam dbał o to, co by zjeść i czym napalić na kominku, a czy co robił więcej – nikt nie wiedział. Minął rok i kilka, we wsi najstarsi umierali, dzieciaki rosły, były nowe śluby, wesela, chrzciny, a on tkwił u siebie – ani szczęśliwy, ani nie. Wystarczało mu to, co miał i jakim był. Nawet za bardzo się nie zmieniał, bo zmarszczek ani siwych włosów nie miał mu kto przyczyniać. Sypiał sporo i twardo, bo lubił, a nie budził go nikt, nawet ptaki, które chyba wypłaszał. I tak ubiegło mu życie. Przygarbiły mu się plecy, włosy zrzedły, oczy choć nigdy nie błyszczały, to bardziej przyblakły. Czuł coraz częściej niemoc w kościach i to zaczynało go niepokoić. Podobnie jak obawa, że to wygodne gniazdko w chatce, może będzie musiał utracić i kto inny mu ją zajmie, a on tak bardzo się do niej przywiązał, że ani w głowie mu było stąd odejść. Jeśli czegoś żałował, to nie życia nijakiego trochę, czy nie odczutej nigdy miłości, braku bliskiej istoty – nie. Ale żal go ogarniał na myśl o utracie tego spokojnego kąta. Nigdy jakoś szczególnie się nie modlił i nigdy nie wydobył z siebie nawet śladu wdzięczności za ów spokój tutaj. Teraz jednak odezwał się do Boga: „Jeśli jesteś wszechmocny, to spraw, bym mógł zostać w tej chałupce także po śmierci, bo gdzie mi będzie lepiej. Po to ją urządzałem i pokochałem.” Bóg ma litość dla grzesznika, to i dla odludka czy samotnika także, więc przychylił się do tej prośby. I po srogiej zimie, kiedy śniegi były tak wielkie, że przysypały chałupkę zupełnie, ludzie na wiosnę zastali tam wielki głaz w kształcie chaty z wyraźnie zarysowanymi drzwiami i oknami. Kiwali głowami, że to jakie kto miał życie, tak i po śmierci ma. Dziwnie cicho przy tym głazie-chałupce było, jakby dawny mieszkaniec i teraz dbał tu o spokój. Jakoś deszcze i wiatry nie naruszyły twardości i obłych kształtów głazu, ale gdy budowano drogę, przyjechali kamieniarze i rozłupali głaz na kawałki do budowy. Mówiono jednak, że ktoś ich nocami niepokoił przy pełni księżyca. Ale może to tylko ich własne niepokoje serca, bo w końcu, kto może żyć na świecie w kamiennym spokoju. * Ostatnio ludzie jakoś częściej życzyli sobie spokoju. Pewnie wszyscy go potrzebują mimo braku wielkich niepokojów i wojen. Jednak chcieć od życia tylko spokoju, to czy nie jest to przedwczesne budowanie grobowca, od którego nawet ptaki trzymają się z daleka?                                                                                            Noc i ciemność.                                                   Noc i ciemność jest czasem jak ogromna zasłona, przez którą prześwituje gdzie niegdzie światło poranka. * Do stacji badawczej na Biegunie Południowym w czasie zimy, a więc i nocy polarnej, przyjechało kilkudziesięciu badaczy - naukowców z różnych dziedzin. Byli to w większości pasjonaci mający nadzieję na odkrycie nowej wiedzy o tym niedostępnym i wciąż niezbadanym lądzie. Znalazł się między nimi ktoś, kogo przezwali Strażnik Poranka, a kto miał zbierać dane o zorzy polarnej. Był to zagubiony trochę ksiądz. Przed seminarium studiował fizykę i pisał o naturze światła. Brak owoców duszpasterskiej pracy chciał może zrekompensować sobie jakoś naukowymi badaniami, jakimś odkryciem i męską przygodą. Początkowy entuzjazm zapaleńców zaczął jednak zwolna gasnąć, bo jednak noc nie tylko udaremniała niektóre prace badawcze, ale i coraz gorzej wpływała na ich samopoczucie. Wyglądało na to, że wszyscy prócz księdza byli niewierzący, nikt z nich przynajmniej się nie ujawnił. Tym bardziej pokpiwali sobie z księdza, gdy wstawał regularnie i starannie badał i opisywał światło zorzy. A także, gdy w maleńkim namiociku medytował czy modlił się przy lampce. Ten rozświetlony namiocik na zewnątrz stacji jednych śmieszył, innych denerwował. W rozmowach, które stawały się często kłótniami, starali się podważać z pozycji swojej naukowości każdą prawdę wiary, której chciał bronić ksiądz Strażnik Poranka. On sam zaczął powoli wątpić w sens swoich badań, argumentów w rozmowach, jak i przebywania tutaj, bo odbierał prośby o powrót ze swojej parafii. Czuł się coraz bardziej osamotniony i osłabiany przez tę noc dookoła. Większość z jego kolegów zaniechała badań i wychodzenia na zewnątrz, pijąc lub śpiąc. On jednak uparcie wstawał, wychodził, śledził światło i zamykał się w namiociku z lampą. Zniechęceni, sfrustrowani, rozdrażnieni badacze czekali już tylko na samolot i powrót do normalnego świata i światła. Ksiądz też już się nie łudził, że warto było stracić ten miesiąc czasu tutaj. Niczego nie dokonał ani nie odkrył, nikogo nie przekonał ani nie nawrócił. Kiedy jako jeden z ostatnich zbierał swój bagaż przed odlotem, podszedł do niego jeden z największych oponentów i kpiarzy, i powiedział: „Wiesz, my wszyscy odkryliśmy tutaj i doświadczyliśmy, czym jest brak światła albo tylko jego namiastka w zorzy. Ty się zajmowałeś i karmiłeś chyba tym nikłym światłem, jak brzaskiem przed świtem. I trwałeś przy tym świetle swoich prawd wobec naszych ataków i kpin. Niewiele tu zrobiliśmy i niczego nie odkryliśmy. Ale jednak niektórzy może tylko po to tu przybyli, by odkryć to twoje światło. Życz mnie i tym niektórym doczekania takiego prawdziwego Poranka.” * Ciemność też bywa potrzebna czasem, by zbierać resztki światła z dni minionych, ale żeby także szukać światła w sobie samym w nadziei na Poranek, bo przecież jednym z imion Boga jest Światło.

 
Echo Daru...
Dar - Echo Spotkania...
- czyli nasz dar spotkania...
Podziel się tym wszystkim co maluje w Tobie cisza serca... swoją refleksją... miłością do Jezusa... obawami... pytaniami... swoimi pragnieniami... Bądźmy dla siebie "Echem miłości..." spotykając się tutaj...

Są takie słowa, które przemijają jak wiatr... są i takie, które zapadają głęboko w naszych sercach - przybliżają nas do Jezusa, kształtują nasze życie...
Może i Ty zechcesz zostawić "wpis" swojego słowa?


Najczulsze struny... Serce człowieka jest jak instrument z żywymi strunami. Najczulszą muzykę można wygrać na tych najcieńszych, ale i te najłatwiej jest zerwać – bezpowrotnie. Bez nich pozostałe brzmieć będą coraz bardziej fałszywie. * - „Abyś był wrażliwy na ludzką krzywdę, Eryku” – powtarzał mu jego dziadek, jak testament. A był to unikalny już typ romantyka i idealisty, więc wnuk wziął sobie te słowa do serca i wybrał studia prawnicze. Niewielu spotkał wśród studentów idealistów. Większość zaprogramowana była na zrobienie kariery bez oglądania się na „krzywdę ludzką”. On jednak chciał spełnić wolę dziadka, ucząc się nie tylko dla wysokich not. Kiedy ukończył naukę i cudem prawie otrzymał aplikację, chciał aby słowo „mecenas” w jego wydaniu oznaczało prawdziwie obrońcę pokrzywdzonych. I brał takie sprawy, choć wielkich korzyści z tego nie było. Szybko rozeszło się wśród biedniejszych ludzi, że pan mecenas Eryk potrafi się wczuć, dobrze wybronić i nie wziąć wiele, a nawet nic, gdy był to ktoś naprawdę biedny. Dlatego trafiały do niego osoby ze szczególnymi dramatami i tragediami, czasem nie jak do prawnika, ale jak do męża zaufania, doradcy, spowiednika. Słuchając coraz więcej zwierzeń, płaczów, skarg nie bardzo mógł jeść i spać. Brakowało mu dystansu czy wręcz nonszalancji jego kolegów i koleżanek po fachu, nazywających go „galernikiem wrażliwości”. Schudł, więc zaczął ograniczać ilość petentów i bronić się przed tą swoją nadwrażliwością i opinią „ludzkiego mecenasa”. Sam nie wiedział, czy naprawdę wczuwał się w te trudne sprawy, czy chciał za takiego uchodzić, choć było mu z tym coraz trudniej. Inni szybko się dorabiali, awansowali, a on… Zaczął inaczej już traktować petentów, nie brać sobie tak do serca ich bied i niedoli, pilnować się czy czasem nie przesadzają, a może i nabierają go. Apetyt miał coraz lepszy, spał teraz już dobrze, bo coraz chłodniej (obojętniej) podchodził do wielu trudnych spraw owych pokrzywdzonych. Przytył, miał się coraz lepiej, a najtragiczniejsze sprawy nie spędzały mu już snu z powiek. Przywykł, zobojętniał, potrafił nawet ironizować czy lekko pokpiwać z kobiet wypłakujących swoje skargi, pogryzając przy tym coś delikatnego. Po półtora roku praktyki nie miał już żadnych dawnych kłopotów z jedzeniem i spaniem. Był teraz smakoszem i dobrym kucharzem hobbystą. Już coraz rzadziej nazywano go „ludzkim mecenasem”, co było zresztą mu obojętne. Po paru latach odkrył ze zdumieniem, że właśnie wtedy miał kłopoty z jedzeniem i spaniem, gdy nie nasłuchał się tych tragicznych historii… Jakby bez nich już nie mógł funkcjonować, bynajmniej się nimi nie przejmując. – „Czy to nie jakaś perwersja?– zapytał psychologa – Nadwrażliwość zmieniła się mi się w cynizm.” Tamten milczał przez chwilę zanim powiedział: „Bywa tak, że trochę sztucznie wykreowane, a nie zakorzenione emocje przybierają swoją odwrotność. Jeśli ci naprawdę zależy na wrażliwości, z jakiej słynąłeś, zaprzestań na pewien czas praktyki i zacznij bywać człowiekiem, a nie mecenasem. A że jest to sprawa duchowa, to wskażę Ci pewien klasztor z bezpardonowym mnichem, który cię z tego może wyleczy, jeśli naprawdę chcesz.” * Najczulsze struny serca męczą się i zużywają się w nas najszybciej, jeśli nie kocha się jak w przykazaniu: całym sercem, całym umysłem i całą duszą. Niewiadomo bowiem kiedy gorąca tkliwość przedzierzgnąć się może w lodowatą ironię…
         
 

Zapraszamy do kontaktu

35092519

510753

Adres:

Monastère Notre-Dame de Miséricorde

7, place Gambetta

29120 Pont-L'Abbé Francja

Muzyka duszy...


PopUp MP3 Player (New Window)

Statystyka

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj384
mod_vvisit_counterWczoraj266
mod_vvisit_counterTen tydzień2549
mod_vvisit_counterPoprzedni tydzień2843
mod_vvisit_counterTen miesiąc11448
mod_vvisit_counterPoprzedni miesiac18562
mod_vvisit_counterWszystko479095
Naszą witrynę przegląda teraz 7 gości